Sekcja Tańca i Baletu

Skład Zarządu Sekcji

Przewodnicząca
Monika Myśliwiec

Wiceprzewodniczący
Krzysztof Szymański

Sekretarz
Urszula Drzewińska

Członkowie Zarządu Sekcji

Małgorzata Matuszewska
Marcin Kędziora

Aktualności

Życzenia świąteczne

Taniec to chyba po prostu było moje przeznaczenie…

Wywiad z Wacławem Gaworczykiem, wieloletnim tancerzem, pedagogiem i choreografem.

Mówi się, że kto czyta, żyje podwójnie. Myślę, że to powiedzenie ma także swoje odniesienia do biografii artystów, czy wywiadów, których udzielili. Śledząc bowiem ich losy, przemyślenia, czy wypowiedzi możemy naprawdę bardzo dużo nauczyć się i wyciągnąć wniosków dla nas samych. Bywa to często kopalnia złotych myśli i porad.

Miałam ostatnio sposobność przeprowadzić bardzo ciekawą rozmowę z Wacławem Gaworczykiem, wieloletnim tancerzem, pedagogiem i choreografem. Jak sam wspomniał ze śmiechem przy pierwszym zadanym przeze mnie pytaniu odnośnie swoich początków przygody z tańcem – był on dla niego chyba przeznaczeniem…

Proszę powiedzieć jak to wszystko się zaczęło. Pana zamiłowanie do tańca i początki kariery?

Jeszcze jako młodzieniec, tańczyłem w dziecięcym zespole w Piotrkowie Trybunalskim. Był to zespół, w którym nie tylko się tańczyło, ale także śpiewało, czy recytowało. W tamtym czasie rozpoczął właśnie swoją działalność Centralny Ośrodek Kształcenia Instruktorów Artystycznych, mieszczący się w tzw. Białym Domu w Konstancinie-Jeziornej. Miałem szczęście, że akurat prowadzono tam rekrutacje dla młodych osób chcących rozwijać się artystycznie. Postanowiłem więc do nich napisać. Moja mama zgodziła się na to tylko i wyłącznie dlatego, że była przekonana, iż nie mam szans dostania się (śmiech) – gdzież to taki niepozorny chłopiec, niskiego wzrostu miałby szanse tańca w zespole? Jednakże okazało się, że zostałem zaproszony na przesłuchania, a w dodatku zdałem egzamin – chyba tylko i wyłącznie przez moją śmiałość i bezczelność, kiedy to zapytany czy umiem tańczyć mazura odpowiedziałem, że jeszcze nie, ale bardzo szybko się uczę! I tak to właśnie zaczęła się moja przygoda z bardziej „poważnym” tańcem.
W szkole obowiązywał dość ścisły rygor i stały plan zajęć. Codziennie o 7. rano odbywał się apel, potem śniadanie i zajęcia do godziny czternastej. Po obiedzie zaczynały się normalne lekcje z przedmiotów szkolnych, aż do godziny dziewiętnastej. Czas wieczorny trzeba było poświęcić na naukę, która nie była łatwa po tak intensywnym dniu – nieraz zdarzało się, że sytuacja kończyła się zaśnięciem „z nosem w książce”!
Jednakże nauka w szkole bardzo mi się podobała. Byłem wówczas trzynastoletnim chłopakiem, który już bardzo chciał się usamodzielnić. Bardzo wiele się nauczyłem, także codziennych obowiązków – nie było już mamy, która ścieliła łóżko – samemu trzeba było wszystko zrobić i to z niebywałą precyzją.

Po Kongresie Międzynarodowym w 1955 roku, przy szkole utworzono profesjonalny zespół, który występował na wielu scenach. To było moje pierwsze zetknięcie z zawodowym tańcem. Niestety, zespół rozwiązano po roku, ja zaś zostałem posłany do Warszawskiej Szkoły Baletowej. Ze względu na mój wiek, trafiłem od razu do siódmej klasy.

A po ukończeniu szkoły, jak potoczyły się pana zawodowe losy?

Zaraz po ukończeniu szkoły zostałem zaangażowany do Opery Warszawskiej. Dyrektorem wówczas był Bohdan Wodiczko. To dobry okres dla warszawskiego baletu. Zaproszono do współpracy choreografów z Francji i Anglii. Nastąpił początek tańca wykorzystujący muzykę współczesną, powstawania choreografii do symfonii. To właśnie w tym okresie miałem szansę tańczyć w jednym z bardziej kontrowersyjnych baletów wszechczasów – „Święcie Wiosny”.
W 1965 roku nastąpiło otwarcie budynku Teatru Wielkiego i rozpoczęła się współpraca z Aleksiejem Cziczinadze. Jednakże od tego czasu zaczęto wystawiać coraz mniej repertuaru, w każdym bądź razie z coraz mniejszą ilością ról, które byłyby odpowiednie dla mnie.

Czy właśnie to skłoniło pana do wyjazdu na zachód?

Tak, to była jedna z głównych przyczyn. Byłem także zmęczony tańczeniem głównie ról komicznych. Zawsze obsadzano mnie w tego rodzaju rolach, choćby ze względu na moją aparycję – byłem stosunkowo niski i „mały”. Ponadto mój znajomy ze Szwecji w tamtym czasie namawiał mnie, abym spróbował tańca poza Polską. Skorzystałem więc z jego zaproszenia i udałem się na audycję do Goetheborga. Nie było to oczywiście takie łatwe, bo w tamtym czasie granice nie były otwarte. Wymagało to więc sporego wysiłku. Ostatecznie jednak udało się. Owego czasu działała tam Elsa-Marianne von Rosen. Po przesłuchaniu poinformowała mnie, że nie ma już żadnych wolnych miejsc dla tancerzy, ale zaprosiła na lekcje z zespołem przez dwa tygodnie. W tym czasie spotkałem pewną Angielkę, której niestety nazwiska już nie pamiętam, i to właśnie chyba ona namówiła ostatecznie von Rosen, aby przyjęła mnie do zespołu.
W zespole pozostałem rok, choć nie był to czas aż tak „kolorowy”, jak mogłoby się zdawać. I właśnie to wpłynęło na moją kolejną decyzję przenosin do Niemiec, dokładnie do Frankfurtu, które także nie odbyły się bez przygód wizowych. Finalnie jednakże rozpocząłem współpracę z teatrem i słynnym choreografem Johnem Neumeierem. Po pewnym czasie przeniósł się on do teatru w Hamburgu, a ja udałem się za nim. Był to dla mnie bardzo owocny czas, ciekawy, pełen wyzwań i nowych ról. Tańczyłem i pracowałem bardzo dużo, ale też wiele się nauczyłem i przeżyłem. Można nazwać ten okres drugim rozdziałem mojego życia.

A po powrocie do Polski jak odnalazł się pan w kraju? Czy pobyt na zachodzie wpłynął na pana spojrzenie?

Po powrocie do kraju miałem krótką przerwę zawodową. W 1985 roku rozpocząłem pracę jako pedagog w Warszawskiej Szkole Baletowej. Muszę przyznać, że nie był to dla mnie łatwy czas. Atmosfera pracy nie była zadowalająca, bardzo liczyły się wszelkie układy i koneksje. W Polsce aż do dziś pokutuje błędne „gloryfikowanie” posiadania wszelkich dyplomów i tytułów a nie tego co jest tak naprawdę najważniejsze – wiedzy, wyczucia, predyspozycji do danego zawodu. Aby być dobrym pedagogiem, trzeba nie tylko dobrze tańczyć, ale (może nawet przede wszystkim) posiadać empatię w stosunku do uczniów, spostrzegawczość, znać sposoby podejścia do każdego z nich. Nie jesteśmy bowiem tacy sami.


Podobna sytuacja dotyczy samego tańca. Na zachodzie dostrzegłem czym jest prawdziwa praca artystyczna. Znacznie lepsza organizacja pracy, stały rozwój, wiele ról do tańczenia, ciągłe doskonalenie się. W Polsce po powrocie zauważyłem niestety swego rodzaju marazm. Mało się tutaj zmieniło, wciąż działo się to samo. Ponadto w Polsce w znacznym stopniu brakuje w pewnym sensie „ciągłości” tradycji tanecznej, kontynuowania osiągnięć poprzednich pokoleń, co na przykład bardzo widać w Rosji. Zapomina się o tym, co już było. Każdy nowy dyrektor, choreograf, to nowy rozdział polskiego baletu – a szkoda.

Co w tańcu sprawia, że tak bardzo pokochał pan ten zawód? Właściwie stał się on pana całym życiem…

Hmmm…Tak to prawda. Czy ja wiem…Tak jak powiedziała kiedyś, już niestety świętej pamięci, nasza primabalerina Ewa Głowacka: „taniec jest jak narkotyk…”. To po prostu uzależnia i staje się twoim całym życiem, całym światem. Uważam, że trzeba w życiu robić to, w czym czujemy się swobodni i szczęśliwi. Trudno bowiem byłoby poświęcić swoje całe życie dla tańca, jeśli nie czujemy się dobrze i pewnie tańcząc. Bez tej swobody, techniki, nie byłoby to możliwe. Bardzo ważna także oprócz techniki jest ekspresja ruchu ciała, ale również samej twarzy, mimika, gestykulacja. Tańczymy bowiem dla publiczności – nie ważne, czy naszym odbiorcą są dzieci, czy dorosły widz. Zawsze powinniśmy dawać z siebie to, co najlepsze i wkładać w to całą energię. Wczuwać się w rolę, wiedzieć co tańczymy i dlaczego. Oczywiście to piękny zawód, ale także bardzo trudny. Pomijając wysiłek i stres, codzienną ciężką pracę, to utrudnia on bardzo życie prywatne. Posiadanie rodziny wiąże się z wieloma wyzwaniami.

A czy ma pan jakieś swoje ulubione role?

Nie, myślę, że nie. Było ich tak wiele, że niektórych nawet nie pamiętam, a niektóre nie posiadały nawet konkretnego tytułu. Uważam, że to publiczność wybiera swoje ulubione role i repertuar. Dlatego tak ważny jest dobór granych dzieł w teatrze. Powinien być dość zróżnicowany i barwny, ponieważ publiczność może przyjść na dane dzieło raz, czy dwa, ale już za trzecim razem chce zobaczyć coś innego.

W dzisiejszych czasach balet i szeroko pojęty taniec uległy znacznej transformacji. Jak pan to ocenia?

To prawda. Poziom baletu i tańca w dzisiejszych czasach znacznie się podwyższył. Technika tancerzy jest zdecydowanie bardziej zaawansowana, to zupełnie inny już taniec niż kiedyś. Akceptuję każdą formę tańca dopóty, dopóki ma ona „formę”; jak sama nazwa wskazuję. Taniec musi mieć dla mnie jakąś treść, znaczenie i estetykę. Nie rozumiem i nie mogę znieść dzisiejszej formy performance’u, gdzie właściwie nie widzę żadnej treści, czy sensu. Uważam, że taniec współczesny w Polsce znacznie odstaje dziś od produkcji zachodnich w tej technice. Na zachodzie możemy znaleźć dużo ciekawsze propozycje repertuarowe.

Sytuacja pandemii bardzo dotknęła środowisko taneczne i wszystkich artystów. Jak wpłynęło to według pana na sytuację tancerzy?

Oj, ma to bardzo duży wpływ. To znaczne utrudnienie dla wszystkich a w szczególności dla sztuki scenicznej, jaką jest taniec. Dziedzina ta potrzebuje zarówno wykonawców, jak i odbiorców. Potrzebuje „żywej” sceny i widowni. Nic tego nie zastąpi, nawet najwyższa technika cyfrowa. To żywa sztuka. Nie wspominając już o samym treningu tancerzy, który musi być ciągły i bardzo regularny. Tutaj nie można pozwolić sobie na przerwę.

Miejmy więc nadzieję, że już wkrótce sytuacja ta zacznie się poprawiać. Ale wiele też zależy od nas samych. Nie załamujmy się więc i róbmy wszystko, aby powrócić do normalności.

Tymczasem bardzo dziękuję panu za rozmowę.

Również bardzo dziękuję!

Rozmawiała Idalia Roberta Kurowska

Związek Artystów Scen Polskich ZASP – Stowarzyszenie
Al. Ujazdowskie 45
00-536 Warszawa
pon. – pt.: 9.00 – 17.00
e-mail: zasp@zasp.pl

Copyright © 2020 Związek Artystów Scen Polskich ZASP – Stowarzyszenie. All Rights Reserved.

Webdesign by Pink Design