Licznik odwiedzin : 3935579
Logo

info


Informujemy, że Nadzwyczajny LIX Walny Zjazd Delegatów ZASP odbędzie się
w dniu 1 kwietnia 2019 r.

Koncert „100 lat ZASP dla Niepodległej”

Za nami pełen wspomnień i wzruszeń uroczysty koncert „100 lat ZASP dla Niepodległej” zaplanowany z okazji stulecia powstania Stowarzyszenia nierozerwalnie łączącego się z rokiem odzyskania przez Polskę niepodległości.

10 listopada 1918 roku, w kolportowanej w Warszawie odezwie adresowanej do wszystkich artystów scen polskich, autorstwa m.in. Juliusza Osterwy, Stefana Jaracza i Aleksandra Zelwerowicza (inicjatorów stworzenia Związku Artystów Scen Polskich), pisano m.in.: „Nie chcąc pozostawać w tyle za twórczą falą organizującego się życia polskiego, postanowili artyści scen warszawskich dać impuls do połączenia wszystkich pracowników teatralnych w Polsce w jedną, na autonomiczne sekcje podzieloną korporację, która by była w stanie szczerze i gorliwie przyczynić się do rozkwitu sztuki scenicznej w odradzającej się Ojczyźnie a to - w pierwszym rzędzie - poprzez podniesienie stanu aktorskiego, jako też całej współpracującej z nim społeczności teatralnej, tak pod względem artystycznym i obywatelskim, jak i ekonomicznym.”

Założeniem i celem koncertu było, oprócz  dostarczenia widzom wrażeń artystycznych, co oczywiste, także budowanie i podtrzymywanie więzi międzypokoleniowej oraz przypomnienie i uświadomienie artystom i publiczności tego historycznego faktu sprzed wieku, kiedy dzieje naszego Stowarzyszenia i kraju mocno się ze sobą splotły.

Sztuka, poezja, muzyka, piosenka były obecne w różnych sytuacjach życiowych Polaków - w chwilach radosnych, romantycznych, podniosłych, czy dramatycznych. Z pieśnią na ustach szli do walki, zaś piosenka towarzyszyła im w zwykłym codziennym życiu. I to pokazał Krzysztof Szuster, scenarzysta i reżyser koncertu, przeplatając, pozyskane z Filmoteki Narodowej fragmenty materiałów z kronik filmowych, piosenkami, do wykonania których zaprosił artystów kilku pokoleń. Wykonawcy sprawili wielką frajdę publiczności przybyłej do radiowego Studia Koncertowego im. Witolda Lutosławskiego.

Patron tej sali, kojarzący się przede wszystkim z muzyką poważną, zachęcony przez Władysława Szpilmana, skomponował pod pseudonimem Dervid dziesiątki piosenek tanecznych - walców, tang i fokstrotów, m.in. dla Reny Rolskiej, Ireny Santor, Kaliny Jędrusik, Sławy Przybylskiej, czy Violetty Villas. Również dla Olgierda Buczka, którego na pierwsze nagranie zaprosił sam Szpilman - wówczas dyrektor Polskiego Radia. Artysta oczarował słuchaczy swoim głosem i walcem „Warszawski dorożkarz”. Podczas jubileuszowego koncertu w tę rolę, w obecności pierwszego wykonawcy piosenki, wcielił się Dariusz Kordek. Wyśpiewany „Złoty pierścionek” wzruszonej Renie Rolskiej ofiarowała Anna Sroka-Hryń a Barbarze Krafftównie, szczerze rozbawionej prostą, naturalną interpretacją utworu „W czasie deszczu dzieci się nudzą”, sami bohaterowie tej piosenki - dzieci ze szkół Stowarzyszenia Sternik. Witold Sadowy, adresat muzycznego upominku, musiał zadowolić się jedynie materiałem filmowym pokazanym na ekranie, bowiem zmienna aura odebrała głos Halinie Kunickiej, która aktorowi i autorowi w jednej osobie miała zaśpiewać piosenkę z „Szatana z siódmej klasy”. W sztuce tej artysta wcielał się w tytułową postać mając... 40 lat. Znana z ciętego języka Jadwiga Chojnacka, kiedy tylko spotykała Witolda Sadowego miała do niego wołać „E! Szatan z 47. klasy”.

„To ostatnia niedziela”, szlagier o rozstaniu z 1935 roku ze słowami Zenona Friedwalda, z muzyką Jerzego Petersburskiego, z racji mrocznego tekstu zwany tangiem samobójców pamiętny z interpretacji Mieczysława Fogga, Jerzego Połomskiego, Piotra Fronczewskiego, czy Kory Jackowskiej, wielokrotnie wykorzystywany w filmach - choćby w „Polskich drogach”, „Bazie ludzi umarłych”, „Kronice wypadków miłosnych”, czy w wykonaniu Jacka Wójcickiego w „Liście Schindlera”, podczas koncertu zaśpiewała Kalina Hlimi-Pawlukiewicz.

Co może łączyć francuską pisarkę okresu Romantyzmu z polską aktorką przełomu XX/XXI wieku? Oprócz oczywiście miłości do Fryderyka i jego porywającej muzyki. Obie utalentowane, piękne, chłonące i smakujące życie. Choć Ewy Wiśniewskiej nie widziano, jak jej starszej koleżanki z fajką, czy cygarem w ustach, mimo że dymkiem nie pogardza, gdyby żyły w tej samej epoce - mogłaby je połączyć wielka przyjaźń, albo... Podczas koncertu aktorka, pomimo niewątpliwego talentu muzycznego, nie śpiewała, ale przy akompaniamencie Czesława Majewskiego i Janusza Tylmana, zasiadających przy białym i czarnym fortepianie, wcieliła się w postać George Sand w monologu autorstwa Mariana Hemara, twórcy niezliczonych tekstów piosenek.

Adrianna Godlewska - aktorka teatrów warszawskich, kabaretu Dudek, czy U Lopka, uczennica samego Ludwika Sempolińskiego, popularyzatorka piosenki francuskiej na falach radiowego eteru, niepowtarzalna w interpretacjach piosenek mistrza Wojciecha  Młynarskiego, których powstawania była świadkiem oraz ich pierwszym recenzentem przez ponad trzydzieści lat, współzałożycielka Sekcji Estrady, zaśpiewała z niesłychaną precyzją, która nie zabiła interpretacji „Walc minutowy” - „Niech na minutę, chociaż na minutę, wreszcie skruszę twoją butę...”.  To wykonanie publiczność nagrodziła burzą braw podobnie, jak słynną „Romantyczność” Joanny Rawik, której interpretacja poruszyła i wzruszyła nie mniej, niż podczas premierowego wykonania utworu będącego swoistym hymnem o miłości. Słuchając jak pięknie mówi trudno uwierzyć, że artystka przyjechała do Polski z Rumunii a do 13. roku życia nie znała słowa po polsku. Pokochała nasz kraj a publiczność, odwzajemniając to uczucie, pokochała ją za jej wrażliwość, piękne piosenki i wzruszenia, których dostarczała. Śpiewała we wrocławskim kabarecie Kaczka, w Krakowie w klubie „Pod Jaszczurami” i kabarecie „Kundel”. Nikt tak, jak ona nie potrafi opowiadać o Edith Piaf, której życie opisała w książkach „Ptak smutnego stulecia”, czy „Hymn życia i śmierci”. Pisze i opowiada barwnym językiem, o czym wielokrotnie mieli przyjemność przekonać się również słuchacze radia. Podczas tego jubileuszowego wieczoru za sprawą jej samej i mistrza Chopina było romantycznie.

„Romantycznie, to jest wierzyć w urok chwil
To w porywie szukać sił na zwyczajne dni...”

Absolwentka łódzkiej Filmówki - Barbara Dziekan, aktorka teatralna i filmowa, pedagog, wokalistka, dla której Agnieszka Osiecka napisała 24 utwory, z których powstał recital „Ulica japońskiej wiśni”, wystąpiła w podwójnej roli - wykonawczyni sentymentalnego utworu zaśpiewanego po raz pierwszy w komedii z 1938 roku „Zapomniana melodia” przez Aleksandra Żabczyńskiego „Już nie zapomnisz mnie”, i pani profesor od piosenki. Pod jej artystyczną opieką studenci Wydziału Aktorskiego PWSFTviT w Łodzi przygotowali oryginalną interpretację utworu, którego pierwszym wykonawcą był Andrzej Bogucki - aktor teatralny i filmowy, śpiewak operetkowy, piosenkarz. Zanim związał się ze sceną, z woli ojca będąc zawodowym oficerem kawalerii, służył w 7. Pułku Ułanów. Kłopoty zdrowotne sprawiły, że w 1929 roku zakończył służbę i oddał się sztuce, którą siłą rzeczy był na wskroś przesiąknięty, bowiem pochodził z rodziny powiązanej z Wincentym Rapackim i Jerzym Leszczyńskim, nie mówiąc o ojcu - barytonie Opery Warszawskiej i żonie - piosenkarce, Janinie Godlewskiej. Okres okupacji przeżył we Lwowie i Warszawie, gdzie pomagał uciekinierom z getta. Wśród nich był Władysław Szpilman - kompozytor piosenki do słów Kazimierza Winklera „Czerwony autobus”. Młodzi wykonawcy zaśpiewali ją z wielką energią wnosząc na scenę powiew świeżości i nieposkromioną młodość.

O Sławie Przybylskiej świat usłyszał po raz pierwszy w 1957 roku, kiedy zwyciężyła w organizowanym przez Radio konkursie dla piosenkarzy amatorów. Sam Szpilman miał wówczas powiedzieć, że była największym odkryciem Polskiego Radia, najpiękniejszym mikrofonowym głosem... obok Jerzego Połomskiego, rzecz jasna. Zaś jury telewizyjnego konkursu „Zapraszamy na estradę” zobaczyło w niej Edith Piaf, inni Juliette Greco. Podczas koncertu przypomniała poruszającą piosenkę z antywojennym przesłaniem „Where are all the flowers gone?” Pete’a Seegera, w tłumaczeniu Wandy Sieradzkiej - „Gdzie są kwiaty z tamtych lat”.

Mira Zimińska-Sygietyńska urodziła się w Polsce marzącej o wolności, zaś w dorosłość wkraczała już w kraju, który odzyskał niepodległość. Otwierały się nowe perspektywy, które umiała wykorzystać. Jej talent dostrzegł właściciel warszawskiego teatrzyku Qui Pro Quo, będącego jednym z najpopularniejszych kabaretów dwudziestolecia międzywojennego. Do wybuchu II wojny światowej grała i śpiewała również w „Morskim Oku”, „Bandzie”, „Cyruliku Warszawskim”, „Ali Babie”. Podczas okupacji należała do Armii Krajowej. Nie uniknęła aresztowania i uwięzienia na Pawiaku. Po uwolnieniu, dzięki staraniom również Adolfa Dymszy, występowała w „Złotym Ulu” a w powstaniu warszawskim, będąc pielęgniarką w szpitalu, występowała też w Teatrze Frontowym AK. Znakomita aktorka teatralna, filmowa, reżyserka i pedagog, która po wojnie wraz z mężem Tadeuszem Sygietyńskim, założyła Państwowy Zespól Pieśni i Tańca Mazowsze, wyśpiewała mnóstwo znakomitych szlagierów a wśród nich ten autorstwa Hemara „Nie ma mowy”. O tym, co się wydarzyło w pewnym mieszkaniu podczas koncertu śpiewnie opowiedziała, przy akompaniamencie Zbigniewa Rymarza - Ewa Makomaska.

Kiedy powstawał Zespół Mazowsze na drugim końcu Polski Elwira Kamińska i Stanisław Hadyna tworzyli Zespól Śląsk, aby zachować i ocalić od zapomnienia kulturę ludową, śląską, sławiąc ją na scenach nie tylko w kraju, ale i na świecie. Obecny dyrektor zespołu utalentowanych artystów - śpiewaków i tancerzy, Zbigniew Cierniak, z dbałością pielęgnuje spuściznę po patronie „Śląska”, który dał temu miejscu znakomite, mocne podwaliny. W asyście ułanów, tych „malowanych dzieci”, Magdalena Wróbel wcieliła się w postać Zosi w pikantnej piosence niezapomnianego duetu Starszych Panów Jeremiego Przybory i Jerzego Wasowskiego, „Zosia i ułani”.

Pokazując, siłą rzeczy w dużym skrócie, historię muzycznych zdarzeń podczas ostatniego stulecia, trudno by było pominąć postać Jana Kiepury, bodaj najsłynniejszego sosnowiczanina na świecie, aktora, śpiewaka odnoszącego sukcesy na największych scenach teatralnych i koncertowych świata. I na ekranie kinowym również. Jego pierwsze występy w stolicy nie przyniosły mu sukcesów, więc za radą przyjaciół, myśląc o debiucie w tamtejszej operze, udał się w podróż do Paryża, do którego w rezultacie nie dotarł. Po drodze zatrzymał się w Wiedniu i tam już pozostał debiutując w Państwowej Operze u boku Marii Jeritza w „Tosce”. Co ciekawe, współcześnie to chyba niewyobrażalne, ale znając tylko dwie arie po włosku, z konieczności resztę swojej partii zaśpiewał... po polsku. I odniósł sukces. Pierwszy i nie ostatni. W filmie „Ich liebe alle Frauen” zaśpiewał jeden ze swoich największych „przebojów” - „Brunetki, blondynki...”. O tym, że „każdy też z  miłości gdzieś kiedyś konał...” widownia usłyszała w interpretacji przedstawicieli męskiej grupy artystów z Zespołu Śląsk.
 
Zanim słuchacze poznali jej interpretacje piosenek śpiewanych w duecie z Bogdanem Czyżewskim - „Całujmy się”, „Pamiętaj o mnie”, czy „Na deptaku w Ciechocinku” ,
zanim związała się na 20 lat z kabaretem „Pod Egidą”, czy usłyszeli ją w popularnej audycji radiowej „60 minut na godzinę”, zanim w piosence wyraziła pobożne życzenie, aby mieć „kufereczek stóweczek”, ukończyła Średnią Szkołę Muzyczną w Krakowie w klasie fortepianu, studiowała też na Wydziale Kompozycji krakowskiej Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej. Była wyrazistą, charakterystyczną piosenkarką, którą również  paru reżyserów filmowych zaprosiło do swoich produkcji. Ale nie wszyscy wiedzą, że w czasach rodzącej się Solidarności i w okresie stanu wojennego stanęła po stronie prześladowanych i represjonowanych. Występowała wówczas w organizowanych przez Muzeum Archidiecezji Warszawskiej recitalach poetyckich „Boże, nie daj nam siebie utracić” Ernesta Brylla z muzyką Włodzimierza Korcza. Ostatnie lata życia spędziła w Domu Artystów Weteranów w Skolimowie, gdzie, dzięki swojej pogodnej naturze i poczuciu humoru dodawała mieszkańcom otuchy. Przekornie śpiewała: ja tam wolę być panienką... W jubileuszowej wędrówce z melodią i piosenką o tym, że „Nie ma woli do zamęścia” przekonywała Paulina Janczak.

Podczas koncertu nie mogło zabraknąć słowa o Domu Artystów w Skolimowie - oczka w głowie wielu artystów, m.in. Zofii Kucówny, Katarzyny Łaniewskiej, Marii Mamony, Aldony Dmochowskiej i ich pracy społecznej na rzecz tego miejsca, kontynuowanej przez ich następców.

Idea Domu Artystów bliska jest również redakcji radiowej Jedynki, stacji, która codziennie goszcząc w domach milionów słuchaczy, retransmitowała koncert dając szansę uczestniczenia szerszemu gronu odbiorców w jubileuszu ZASP-u.

Takie uroczystości rządzą się swoimi prawami - nie mogło zatem zabraknąć części oficjalnej. Zaproszeni na scenę przez prowadzących wieczór - Katarzynę Pakosińską i Ryszarda Rembiszewskiego - panowie: Janusz Fogler i Krzysztof Lewandowski - przewodniczący i dyrektor generalny Stowarzyszenia ZAiKS, bratniego rówieśnika ZASP i towarzysza w walce o ochronę praw autorskich, reprezentujący dyrektora radiowej Jedynki -
redaktor naczelny Biura Programowego dyrektor Paweł Kwieciński oraz Janusz Kukuła dyrektor największego teatru wyobraźni - Teatru Polskiego Radia, w obecności Pawła Królikowskiego i Krzysztofa Szustera, prezesa i wiceprezesa Stowarzyszenia, uhonorowani zostali Medalem 100-lecia ZASP.

Polskie Radio od 1956 roku emituje radiową powieść „Matysiakowie”. Od tego roku słuchacze nieprzerwanie towarzyszą rodzinie Heleny i Józefa oraz ich bliskim, przyjaciołom i sąsiadom z ulicy Dobrej na warszawskim Powiślu. Jednym z ich dzieci był, kreowany przez znakomitych, nieżyjących już, artystów - Tadeusza Janczara a później Janusza Bukowskiego, Stach. To jego piosenkę, ze słowami autora słuchowiska, Jerzego Janickiego i muzyką Jerzego Wasowskiego, o tym,

„Że jest Polna, bo pole, że jest Dolna, bo w dole,
A na Piwnej jest piwo, a na Krzywej jest krzywo,
Lecz kto powie dlaczego taka nazwa jak ta,
Dobra, widać dobrego więcej tutaj niż zła...”

widzowie usłyszeli w porywającej interpretacji Krzysztofa Szczepaniaka

Chciał być architektem, ale po zdanych pomyślnie egzaminach nie został przyjęty - zabrakło mu bowiem punktów za pochodzenie. Z tym marzeniem musiał się pożegnać. Ale udało mu się za to pomyślnie zdać do Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej w Warszawie na Wydział Estradowy, a tam jego wykładowcą i mentorem był niezwykły Ludwik Sempoliński. Szkołę ukończył z tytułem aktora dramatu i estrady. I to ona właśnie wessała go na dobre. Z korzyścią dla nas, słuchaczy. Któż nie pamięta jego piosenek: „Bo z dziewczynami”, „Daj”, „Nie zapomnisz nigdy”, czy „Moja młodość”. Wzruszał, bawił, zapraszał i porywał do walca. Do Hiszpańskiego walca porwał publiczność Kacper Kuszewski.

Zaczynała przygodę z piosenką i estradą będąc jednym z głosów w chórze Państwowego Zespołu Pieśni i Tańca Mazowsze. Szybko wybrała własną artystyczną drogę.
I znów pojawia się nazwisko Szpilmana, który, jak się okazuje, stał za karierą wielu artystów. Tak było i w tym przypadku. Kiedy Irena Santor po odejściu z Mazowsza trafiła do Polskiego Radia, to właśnie Władysław Szpilman zaproponował, aby wzięła udział w pierwszym Festiwalu Piosenki w Sopocie i zaśpiewała walc „Embarras” nieocenionego duetu Wasowski-Przybora. Niemal chwilę przed Krajowym Festiwalem Polskiej Piosenki w Opolu w 1966 roku, kompozytor Piotr Figiel zaproponował artystce, aby wykonała jego utwór „Powrócisz tu”. Początkowo nie chciała się zgodzić uważając, że jest dla niej za ostra. Jednak po udanym występie zmieniła zdanie. Ten utwór ma moc i piękno. Przed laty krążyła legenda, że był zakazany na występach zagranicznych wśród Polonii. Słuchacze mieli ponoć umierać z rozpaczy. Najprawdopodobniej nie było aż tak dramatycznie, jednak nie sposób nie docenić przejmującej interpretacji poruszającego tekstu Janusza Kondratowicza.

„Gdy los cię rzuci gdzieś w daleki świat,
Gdy zgubisz szczęście swe i poznasz życia smak,
Zatęsknisz do rodzinnych stron
I wrócisz tu, wrócisz, gdzie twój dom...”

Tę przejmującą piosenkę zaśpiewali niezawodni: Joanna Pałucka, Anna Ścigalska, Stefan Każuro i Grzegorz Kucias, czyli Kwartet Rampa.

Halina Kunicka śpiewała przed laty piosenkę Agnieszki Osieckiej „Niech no tylko zakwitną jabłonie”. W tym roku nie tylko zakwitły, a nawet nadzwyczaj obrodziły. Polscy sadownicy odpowiedzieli na zaproszenie, aby świętować razem z nami i dostarczyli... cztery tony dorodnych, smakowitych, obłędnie pachnących jabłek, które zapełniły ustawione na scenie kosze stanowiąc najbardziej ekologiczną, bo jadalną, scenografię na świecie. Publiczność wychodziła z koncertu nie tylko naładowana emocjami, ale też owocami, które sama mogła zebrać w tym niecodziennym sadzie.

Wspominając tę sentymentalną podróż przez stulecie, wypada podziękować wszystkim twórcom, wykonawcom, zespołowi technicznemu, całemu zespołowi Biura ZASP przygotowującemu zdarzenie, patronom: 1 Programowi Polskiego Radia transmitującemu koncert, Instytutowi Teatralnemu, dzięki uprzejmości którego mogliśmy przygotować wystawę i scenografię, Zespołowi Śląsk, Muzeum Powozów M.K. Szuster oraz Fundacji im. Królowej Marii Kazimiery i jej Debiutantkom, które towarzyszyły mieszkańcom Skolimowa, przybywającym gościom wręczały programy i egzemplarze pierwszego numeru „Scen Polskich”, a przede wszystkim organizatorowi Programu Dotacyjnego Niepodległa. To
wsparcie było dla nas nieocenione.

Na finał koncertu, któremu towarzyszyły dwie wystawy:  „Koledzy” autorstwa Karola Stępkowskiego we foyer Studia Koncertowego oraz będąca jednocześnie scenografią, wystawa według projektu Moniki Szuster, Krzysztofa Szustera i niżej podpisanej „Pamiętamy...”, będącej hołdem środowiska dla ojców założycieli ZASP i artystów, którzy już odeszli, wszyscy wykonawcy połączyli swoje siły, śpiewnie przekonując, że „Piosenka jest dobra na wszystko...”. I trudno się z tym nie zgodzić.

Maria Wilma-Hinz