Licznik odwiedzin : 2799216
Logo

Wywiad z Jolantą Juszkiewicz

- Ma Pani ogromne doświadczenie zawodowe zdobyte poza Polską. Jak z tej perspektywy pracuje się Pani w naszym kraju?
O tym się trudno mówi, bo chciałoby się mówić jak najlepiej. Będąc emigrantem i artystą, fantazjuje się ojczyznę. Jak mówili górnicy z mojego spektaklu „Odyseja Śląska”, reemigranci z Francji do kraju 1945: „Ojczyzna to co innego, a co innego ludzie tam mieszkający, którzy wydają się obcy i których się boję. Życie w kraju mnie przeraża, a nie sama Polska”. Przyjechałam z bagażem nowych dla Polski wartości i repertuarem formy tu nieobecnej. Miałam ogromny zapał i wiarę, że przyjdą ludzie teatru, moi koledzy, byli nauczyciele z ciekawości zobaczyć, co reprezentuję po latach doświadczenia wśród innych kultur. Wróciłam z Australii, gdzie szczupłe środowisko teatralne przychodzi na spektakle kolegów z życzliwości, żeby zapełnić salę. Spotkało mnie natomiast duże rozczarowanie: Opór, jakby Strach przed tym, co mogliby zobaczyć. Nie przychodzili, moi ludzie, do których wróciłam z nadzieją na żywą konfrontację - byli jakby zawoalowani. Nie rozumiem tego, aż usłyszałam od urzędnika instytucji kultury: „Pani nie jest w strukturach, Pani wyjechała”. Odpuściłam czekanie. Skupiłam się na monodramach. Wysyłałam oferty za granicę, tam do dziś promuję kulturę polską bez przynależenia do struktur. Warszawa jest cudownym centrum Europy, świetny transport publiczny, blisko lotnisko. W Polsce prowadzę proces twórczy, próby, uczestniczę w każdej możliwości podniesienia intelektu – seminaria, konferencje, próbuję wychodzić na prowincję, tu mentalność oporu jest mocna, ale to już mi nie przeszkadza. Musiało minąć około 8 lat, obok monodramów powstają spektakle w obsadzie z dwojgiem aktorów, coraz częściej zgłaszają się do mnie aktorzy, którzy chcą współpracować i uczyć się ode mnie, przychodzą zaproszenia do współpracy od instytucji kultury w kraju. W Australii byłam emigrantem, nie skończyłam tam szkół, nie znałam środowiska twórców teatru – a realizowałam spektakle w obsadzie 3 aktorów, z reżyserem, w teatrze, który trzeba było opłacić, ale zawsze ukazywały się recenzje i wywiady w głównych gazetach Sydney. Była transparentność w uczestnictwie w mediach publicznych i prywatnych. W Polsce – przez 8 lat nie otrzymałam odpowiedzi od Polskiego Radia II – na jakiej zasadzie jest ogłoszenie o spektaklach aktualnie granych. Mam wrażenie jakby ciągle prawa obywatela do uczestnictwa w publicznych mediach były spod lady.

- Poprzez liczne zawodowe wojaże poznała Pani publiczność z wielu krajów. Czy zatem istnieją widzowie idealni?
Każda widownia jest odbiciem mentalności kulturowej danego kraju. Niesamowitym zjawiskiem jest doświadczać tego, np. grając w Rosji jest inny odbiór niż w Emiratach, inna dyscyplina uczestniczenia, słuchania. W większości krajów nakazuję zakaz fotografowania, co spotyka się z zaskoczeniem, a czasem niemalże oburzeniem (np. Kosowo). Forma moich spektakli jest artystyczna, inna od naturalistycznej, do której większość widzów jest przyzwyczajona. Widzowie wiedzą, że będzie to spektakl artystyczny, ale nie wiedzą co to znaczy, czego mogą oczekiwać. Również język, w którym gram, w dużej części lub całkowicie jest niezrozumiały. Kosztem sporego wysiłku energetycznego i formy plastycznej włączam widzów w bańkę iluzji, i jak już jesteśmy w niej razem, szybujemy. Po skończeniu spektaklu, budzą się i słyszę opinie – nic nie rozumieliśmy, ale było cudowne! Nie jest łatwym, grając zwłaszcza monodram, dotrzeć do publiczności jednocześnie unosząc temat ze świadomością, że język może być barierą. Muszę być przygotowana na różny sposób odbioru. W przykładowej Rosji doznaję absolutnej atencji w idealnej ciszy. Reakcja śmiechu przy śmiesznych momentach pojawia się tylko wtedy, kiedy Polonia jest na widowni. Kiedyś zapytano mnie w Rosji, czy nie przeszkadza mi jak widz się zaśmieje. W krajach, gdzie jest reżim, mało możliwości obejrzenia teatru z krajów demokratycznych – widzowie prawie się nie ruszają, połykają każdy oglądany moment. Tak było w Iranie, Karabachu, Armenii. W Emiratach jest luźniej, widzowie są przygotowani, ściągają o mnie wszystko co można znaleźć w Internecie przed obejrzeniem spektaklu. Czuć podniecenie przed, w czasie i po spektaklu. Na zachodzie widownia jest ważniejsza od artysty, trudno ją zdobyć wśród tempa życia i powabu innych wydarzeń. Przychodzą elity intelektualne. Widzowie pamiętają moje spektakle latami, pomimo różnic kulturowych tak samo podatni są na emocje i przemianę duchową. Widz idealny? Nie ma takiego zjawiska. Moim zadaniem jest dzielić się z każdym i dążyć do jego przemiany emocjonalnej. Muszę stać się na chwilę częścią ich kultury, aby trafić w ciało i duszę.

- Teatr Kropka ma już 20 lat. Jak wspomina Pani początki pracy?
Bałam się, nie wiedziałam nic o tworzeniu, realizacji, administracji itd. Nie znałam też środowiska, byłam młodą aktorką na emigracji. Ale wiedziałam, że nie mogę czekać na telefon, bo on nie zadzwoni. Ufałam intuicji, starałam się słuchać impulsów popychających od wewnątrz i podążać za nimi bez analizowania. Po prostu wiedziałam, że muszę grać, jeżeli sama tego nie zorganizuję, nie będę grać. Uczestniczyłam w filmie australijskim kręconym w Polsce tuż przed wyjazdem. Pomogło mi to w zaproszeniu na przesłuchanie do roli teatralnej w Sydney Theatre Company, którą zagrałam w sukcesem. Reżyser, Rodney Fisher znany australijski artysta, zgodził się dalej mnie poprowadzić w monodramie. Później już sama walczyłam, ale ten początek był bardzo istotnym bodźcem. Najgorsze było i jest to organizowanie. Promocja, publiczność, przyjdą, nie przyjdą, ilu dziś przyjdzie. Wtedy robiłam bardzo dużo, oprócz twórczego poszukiwania formy, pisałam adaptacje, tłumaczyłam, drukowałam programy, ucinałam, przewiązywałam wstążeczką itd. I chodziłam do pracy. Pracowałam w studio projektowania mody, byłam modelką, co pochłaniało czas i uwagę. Szybko zauważono, że spektakle Teatru Kropka Theatre są wyjątkowe. Dużo pomogła krytyka teatralna, jeżeli gazeta ich nie wysyłała, dzwonili, czy mogą przyjść, nie chcieli ominąć żadnego z tytułów. W Australii bardzo ceniłam sobie środowisko ludzi, z którymi współpracowałam, szalenie życzliwe, nie mniej twórcze niż w Polsce, nieustannie wzbogacające swój warsztat, chociaż tam prawie teatrów nie ma. Przeszkadzał status emigranta, rasizm jest obecny wszędzie. Australia nie ma kultury teatru. Jest to kraj kultury sportu. Tęskniłam bardzo za konfrontacją moich spektakli z intelektualistami w Europie. Zaczęłam przyjeżdżać, ale nie w Polsce, a w innych krajach zyskałam zainteresowanie.

- W jaki sposób dobierany jest repertuar teatru? Jakie czynniki mają największe znaczenie?
Pierwsze 10 lat w Australii wybierałam tematy i literaturę, którą się fascynowałam, oraz była potrzebna tamtej widowni. Od początku wiedziałam, że poszukuję formy twórczej, awangardy ekspresjonistycznej w teatrze. Nie znałam reżyserów, którzy to rozumieli w ten sam sposób. Klasyka światowa była materiałem bezpiecznym, daje podstawy do tworzenia indywidualnej formy. Dodatkowo pomaga w międzynarodowych akceptacjach prezentacji, obawy o zrozumienie języka są mniejsze np. DesdeMONA – Szejk w Emiratach przyszedł na mój spektakl, bo znał Otella.
Temat i koncept musi być uniwersalny, tego założenia nie zmienię. To daje szansę na zainteresowanie międzynarodowej widowni. Tematem była kobieta. Wiele lat pracowałam bez honorarium, tworzyłam z ogromną pasją i wiarą, że kiedyś koszt się zwróci. Dziś jestem twórcą - kobietą w średnim wieku z listą spektakli nagrodzonych bez szans na emeryturę. Od pewnego czasu biorę więc pod uwagę czynniki komercyjne. Składając wnioski o granty muszę liczyć się z priorytetami wydatkowania środków publicznych, prawem autorskim. Jest sporo ograniczeń, dla których nie podejmę się już projektu jaki chciałabym dla twórczego i artystycznego rozwoju i korzyści. W paru wypadkach łączyłam tematy z Jubileuszem, wydarzeniem, obchodami roku. Co uważam za niewłaściwe i wymuszone, ale nie miałam wyjścia. To zjawisko jest aktualne. Brak przestrzeni na próby i prezentacje spektakli ogranicza dobór repertuaru. Często idea zostaje poddana przy rozmowie z innym człowiekiem. Spektakle, które powstały pod wpływem czyjejś pasji, i które mogłam zrealizować dały chyba najwięcej radości. Może dlatego, że nie potrzebowałam przekonywania o ich potrzebie, wyszły na prośbę społeczeństwa.
Artyści mają dar przewidywania wypadków historii. Jest to niezrozumiałe, ale prawdziwe. Będąc ponad polityką, przychodzi myśl i przekonanie, że ten akurat temat jest właściwy bez uzasadnienia. Parę razy zrealizowałam projekty autorskie, w trakcie realizacji w rzeczywistości wybuchały afery, podobne do ukazywanych w projekcie teatralnym. Jest wiele ograniczeń, ale one są też korzyścią. Dostosowuję się do uwarunkowań, które spotykam w świecie artysty niezależnego. To mnie kształci, wzmacnia i utrwala w woli tworzenia autorskiej formy oraz dotarcia do widowni różnych krajów, czy różnych prowincji w naszym kraju.

- 7 grudnia została pokazana widzom "Odyseja Śląska". Czego dotyka problematyka tej sztuki?
Po I wojnie światowej Francja z powodów zniszczeń i masowego wyludnienia otwiera granice dla legalnej imigracji. W 1919, po podpisaniu z Francją konwencji wychodźstwa, masa młodych, wykształconych robotników, rolników oraz młodych dziewczyn, po przejściu weryfikacji misji francuskich - emigruje zarobkowo. W czasie II wojny światowej polscy emigranci we Francji biorą czynny udział w Ruchu Oporu (tu -Lyon i okolice). Od 1944 agitacja wabi i przekonuje do powrotu w charakterze budowniczych nowego ustroju socjalistycznego w Polsce. Co zastają? Chaos, nędzę, strach przed barbarzyństwem Armii Czerwonej, ale też powrotem Niemców, szabrownictwo, samosądy, szykany i ataki od rodaków. Projekt na podstawie dokumentów prezentowany w formie Teatru Ubogiego, twórczego, poruszającego i przemieniającego. Ponad archiwami – wyczuwana jest aktualność tematu emigracji i rozwarstwienia naszego społeczeństwa.
Zacytuję opinię prof. Anny Kuligowskiej-Korzeniewskiej po obejrzeniu spektaklu:
 „Droga Pani Jolanto,
To – bez wątpienia – najlepszy spektakl Pani teatru! Odznacza się stosownym przemyśleniem i wykonaniem środków artystycznych. Przemawia jednak autentyzmem biografii opowiedzianych w Odysei Śląskiej. Czy pokazywaliście Państwo ten spektakl na Śląsku i z jakim spotkał się tam odzewem? Życzę długiego żywota tej Odysei, która wciąż przecież się aktualizuje …
Ze szczerym podziękowaniem za zaproszenie – podpis.”

- Jakie są Pani plany zawodowe?
Plany konstruują się bez planowania – nie stać mnie na planowanie, nie mam środków ani zasobów, aby planować coś co naprawdę chciałabym realizować. Staram się natomiast być bardzo czujna, słucham i reaguję, łączę to co ludzie i świat mi podrzucają z tym co mam i umiem. Składam wnioski o granty i czekam na wyniki. One to układają plan zawodowy. W nadchodzącym roku w ramach grantów Ministra Kultury jadę do Słowacji – Brezno, będę pracować z młodymi aktorami nad autorskim projektem o tematyce - król Bela IV i jego córki w tym św. Kinga. Zagram gościnnie Cunegundis Ducissa Cracoviae, monodram o św. Kindze podkreślając świeckość w świętości.
Jesienią w ramach grantu Ministerstwa jadę do Kazachstanu, w Almaty będę reżyserować „Szewców” wg Witkiewicza z aktorami teatru ARTiSZOK.  Czekamy na odpowiedź wsparcia finansowego szeregu prezentacji „Odysei Śląskiej” w Paryżu i na północy Francji. Przygotowuję wniosek o wsparcie finansowe dla widowiska autorskiego na 100 lat ZASP-u – Związku Artystów Scen Polskich, który będzie miał miejsce pod koniec roku 2018. Szukam możliwości prezentacji „Kobiet Karamazow”, najnowszego spektaklu z udziałem Kamili Kamińskiej, młodej aktorki. Na Dostojewskiego nie mam szans w konkursie grantowym, więc składam oferty na festiwale zagraniczne. To tyle w 2018. Dalej co będzie? Chyba to samo, składam wnioski o przyznanie środków i czekam. Jestem zaproszona do Norwegii w 2019, tam aktorzy, od których zaczęłam moje praktyczne doświadczenie nauk Grotowskiego, chcieliby zobaczyć, dokąd doszłam wychodząc od nich. Jeżeli otrzymam środki, pojadę.
Oczywiście są tematy, które chciałabym osobiście zrealizować, ale nie podejmę się już w tym wieku całkowicie ryzykować bez szans na finansowe wsparcie. A finansowe wsparcie jest ograniczone dla projektów o określonych priorytetach tematycznych i geograficznych.
  Staram się robić co mogę z tym co mam tu, gdzie jestem. Polska jest wspaniałym gruntem dla pracy twórczej. Nawet dla artystów niezależnych, biednych, bez perspektyw zabezpieczenia finansowego, starych i młodych. Wiele razy rozpłakałam się po przylocie odbierając walizkę na Okęciu. Wbrew pozorom, tu jest najlepiej!

ZASP/K
 

fot. Marzena Stokłosa