Licznik odwiedzin : 1322251
Logo
10-10-2017

Zwyczajny Walny Zjazd

LVIII Zwyczajny Walny Zjazd Delegatów ZASP odbędzie się
w dniach 16-17 kwietnia 2018 roku

Lech Ordon (24.11.1928 – 21.10.2017)

Lech Ordon należał do tego pierwszego, powojennego pokolenia, które edukację artystyczną rozpoczęło omalże nazajutrz po wojnie.
W 1945 został reaktywowany przedwojenny PIST (Państwowy Instytut Sztuki Teatralnej utworzony w 1932 r. w Warszawie dzięki staraniom i wielkiemu wysiłkowi Aleksandra Zelwerowicza, Leona Schillera i ich współpracowników) – z tymczasową siedzibą w Łodzi. W1946 został przekształcony w Państwową Wyższa Szkołę Teatralną (PWST) - i tę szkołę rozpoczął w 1946 (przyjęty od razu na II rok) a ukończył trzy lata później – Lech Ordon.
W 1949 gdy tylko szkoła „wróciła” do Warszawy, ówczesne władze centralne odsunęły Zelwerowicza i Schillera od sprawowania wysokich funkcji w tejże reaktywowanej PWST. I tak oto dwóch luminarzy polskiego teatru, wybitnych artystów, reformatorów i niezmordowanych organizatorów, a także idoli wczesnej młodości Lecha Ordona, gdy tylko dostało się w zasięg nowej władzy, od razu zostało „sprowadzonych do parteru” oraz upokorzonych na oczach środowiska, byłych wychowanków, obecnych uczniów i swojej publiczności. 
Pierwsze szlify na zawodowej scenie, Ordon zdobywał w Łodzi pod dyrekcją  swojego profesora z PWST, mistrza Schillera, który lubił Ordona na gruncie towarzyskim, ale  przede wszystkim cenił sobie jego naturalną vis comica oraz talent, które to przymioty chętnie i umiejętnie wykorzystywał w swoich powojennych łódzkich spektaklach. Sam Ordon najczulej wspomina z tamtego okresu dwa spośród schillerowskich przedstawień, a mianowicie „Krakowiaków i Górali” oraz „Igraszki z diabłem”. Grając w tych przedstawieniach Ordon poczuł smak pierwszego sukcesu oraz: co to znaczy brać udział w czymś, co się staje sztuką. Prawdziwą sztuką. Po przenosinach do Warszawy  Lech Ordon został członkiem pierwszego zespołu Teatru Narodowego – z czasu jego odrodzenia w 1949 r. Ulubionymi dyrektorami-reżyserami, pod których fachowym acz zaborczym okiem Lech Ordon z przyjemnością rozwijał swoje umiejętności, byli (naturalnie oprócz Schillera) Janusz Warmiński, a przede wszystkim Kazimierz Dejmek. Jeśli dziś mówi się o Lechu Ordonie jako o świetnym aktorze charakterystycznym – w ogóle, a komediowym – w szczególe, to stało się to nie bez tych wszystkich teatralnych szans, które dał mu Dejmek: dyrektor, reżyser, ale też kolega ze szkoły teatralnej – byli sobie pokoleniowo bliscy i w Łodzi pijali „herbatę z jednej szklanki”. U Dejmka Lech Ordon grał w spektaklach, które dziś są legendą polskiego teatru, m.in. mowa tu o „Historyi o Chwalebnym Zmartwychwstaniu Pańskim” i „Dziadach” z 1968.
Ordon czuł się człowiekiem spełnionym – grał dużo w filmach, w Teatrze Telewizji, był bardzo cenionym aktorem radiowym. Niezwykłą popularność przyniósł mu udział w cyklu telewizyjnym zatytułowanym „Bajki dla dorosłych”, emitowanym w latach 70-tych. Wraz z Janem Kobuszewskim, Mieczysławem Pawlikowskim, a później Kazimierzem Wichniarzem, Lech Ordopn stanowił trzon obsadowy tego cyklu, najczęściej grając w nim postać „marszałka dworu” – choć nie tylko.
Chyba jedynym niespełnionym aktorskim marzeniem Lecha Ordona pozostała postać Colasa Bregnona z powieści Romaina Rollanda – ale ci, którzy Lecha znali i cenili mogą Go sobie teraz wyobrazić w tej roli.
Bardzo do niego pasowała...


Lech Ordon o...

O pracy
Nie znoszę słowa kariera... Naprawdę nie lubię jak czytam gdzieś: „...no i wtedy rozpocząłem moją karierę”. To mi się zawsze kojarzy z czymś bufonowatym...
Zacząłem pracę – normalnie, bo przecież my aktorzy po prostu pracujemy.
Łapię się na tym, że im jestem starszy tym rzadziej używam określenia - idę grać.
Mówię – idę do pracy. Po prostu, tak jak każdy.
Naprawdę nie umiem mówić o sobie. To nie jest kokieteria... Jak słyszę, gdy aktorka czy aktor mówi: bo moja kariera... Ojej! Niedobrze mi się robi... Nie znoszę tych określeń: kariera, artyzm, itd... Przecież w tym naszym życiu aktorskim to bardzo różnie jest, wiele rzeczy się składa na to, w jaki sposób ten zawód uprawiamy i jaki mamy stosunek do tej pracy, do zawodu. Kiedyś z Dejmkiem o tym rozmawiałem. Mówię: „Kazik, a powiedz mi, kiedy ty wiesz, że to przedstawienie, które robisz to będzie dobre przedstawienie?” On mówi: „Słuchaj... ja wiem, jak się z tego ciasta piecze chleb, co trzeba wziąć, jakie proporcje, jak to trzeba pomieszać, żeby nie było zakalca, żeby nie siadło. Ja to wiem. Ale zaczynam próby i wiem już, że nic.... że to będzie owszem, poprawne, ale to nie będzie to, czego chciałem. To nie będą moje oczekiwania. A jest też tak, że nie wiadomo kiedy, w trakcie pracy, raptem coś zaczyna się z tych klocków układać. Czuję, że fundamenty tego domku jakąś dobrą zaprawę dostały i czuję, że coś się tworzy... I powstaje coś takiego... nie tyle niepowtarzalnego, co... świeżego, nowego, innego. Tak było w przypadku Dziadów z 68 r.”

(...) o dziwo przyjęli mnie! A ja co? A ja miałem na plecach olbrzymi worek miłości do teatru i... nic poza tym. No bo co ja o świecie w ogóle wiedziałem? Ja byłem młodym smarkaczem, który chciał być aktorem. Czasem ludziom zdającym do szkoły teatralnej zadają takie banalne pytanie Dlaczego chce pan/pani być aktorem/aktorką?...Bo kocham teatr! – mówią. To jest banalna też odpowiedź, ale ona zawiera w moim przekonaniu dużo prawdy, ponieważ w tym niby banale zawiera się wszystko! A przepraszam, a jak się zakochujemy w kobiecie, to co? Dlaczego ją kochamy? Bo ją kochamy!


O Schillerze
Ostatni raz spotkałem Schillera na Dworcu Głównym (...) czekał na swoją żonę Irenę Schiller (z d. Filozofównę), a ja czekałem na swoją żonę. (...). Podszedłem, przywitałem się i pamiętam, że Schiller mnie wtedy zapytał, czy jak byłem u niego w teatrze, w Łodzi, to czy z tego coś wyniosłem, czy coś mi to dało... Ja wtedy powiedziałem: „Panie dyrektorze, przecież ja panu wszystko zawdzięczam!” – tak, bo przecież mógł mnie wyrzucić z teatru, ze szkoły, w ogóle... i może byłbym dzisiaj biznesmenem?
I miałbym pieniądze?...

O Mistrzach
Moim ulubionym aktorem i wzorem był Jan Kurnakowicz. To był mój ukochany aktor. (...). Kto tak grał Księcia Konstantego, [w Kordianie], jak on? Kto tak grał Horodniczego? Nikt! Nie mówiąc o innych wspaniałych rolach... To był znakomity aktor. To był mój wzór. Moim mistrzem był także Zelwerowicz...  Bo to taki trochę mój typ. Miałem szczęście ich znać.
Węgrzyn... to była znakomitość. To było niepowtarzalne zjawisko...
Bo są dwa rodzaje aktorów. Jedni, którzy odchodzą ze swoim czasem i drudzy, których sztuka jest uniwersalna.
Do tych pierwszych należał na przykład Adwentowicz. Znakomity w rolach romantycznych, miał głos z charakterystycznym zaśpiewem.
A Węgrzyn, gdyby dzisiaj grał, byłby taką samą doskonałością, jak za swoich czasów.

Wielu ludzi znałem... miałem ten zaszczyt, że obcowałem i pracowałem z najlepszymi. Miałem ten   z a s z c z y t.

O zawodzie
Poza rurą od pieca grałem wszystko... Grałem role różne, duże, małe, średnie, tak jak aktor powinien... Lepiej, gorzej, jak to w teatrze. Bo przecież to nie jest tak jak to się pisze o niektórych – zawsze dobrze...  bo tak wypada.
Aktor, jeżeli przez całe swoje życie zagra trzy, cztery, pięć wybitnych ról – to jest już dobrze. Bardzo dobrze.
A te pięć dla mnie najważniejszych? Nie wiem, nie umiem chyba powiedzieć.
Marzę o tym, żeby zagrać Colasa Breugnona [bohater tytułowy powieści Romaina Rollanda].
To jest mądra literatura. Colas Breugnon to człowiek, po którym się wszystko przejeżdża... I dobro, i nieszczęście, i chałupa mu się spaliła, i był chory, i złamał nogę. Żona mu umarła. A ożenił się akurat z nią, a nie z tą jedyną, bo nie był zdecydowany, gdy należało ukochaną wziąć w ramiona... Ona na to czekała – a on był wstydliwy... Jakież to piękne i mądre.
Grałem przed laty Pickwicka w telewizji. (...). W Śnie nocy letniej grałem Spodka. (...). Grałem Czkawkę w Wieczorze Trzech Króli, grałem w Rozbitkach Blizińskiego, to była świetna rola. Dużo tego nagrałem. To nie są Kordiany ani Hamlety, ponieważ ja jestem aktorem charakterystycznym, a poza Falstaffem nie ma w repertuarze charakterystycznych ról prowadzących. Są świetne, pierwszoplanowe role, ale oczywiście nie takie, jak Hamlet, czy Król Lear, czy Ryszard III.

O Lechu Ordonie...

Barbara Horawianka:
(...). Jego obecność w zespole powoduje złagodzenie obyczajów. Pogodny, uśmiechnięty, rozśmieszający wszystkich i życzliwy ludziom. On się nigdy nie spóźnia, ale też nigdy się nie spieszy. Wszystko robi powoli, spokojnie, w ogóle się nie denerwując. Wszystkich to niesłychanie uspokaja. Ma niezwykle łagodzący stresy sposób bycia. Bardzo kocha swój zawód. (...). Leszek bardzo lubi radio i dużo tam gra, a to dlatego, że mikrofon nie znosi kłamstwa, fałszu. W teatrze można nadrobić miną, gestem... Mikrofon wyłapie każde oszustwo. On jest w radiu niesłychanie prawdziwy, co świadczy o jego znakomitym aktorstwie.

Bogdan Baer:
Garderoba nr 4, to było miejsce w Teatrze Polskim specjalne. Kiedy Kazimierz Dejmek był dyrektorem, a właściwie nawet potem, kiedy był już ministrem, to zawsze do tej garderoby zaglądał. Siadał, miał tam specjalny fotel, często nie rozbierając się z płaszcza, papierosy swoje palił i właściwie nie tyle on opowiadał, co myśmy od razu spieszyli z różnymi nowościami, dowcipami, anegdotami, opowiadali co się dzieje w Teatrze... W tej garderobie to siedzieliśmy: Ordon, Kalenik, Bogdan Potocki i ja. No i główną postacią w czasie tych spotkań, co tu dużo gadać, był Leszek Ordon. W garderobie zawsze królował, był ze względu na swoją i fizyczną wagę i wagę jakiejś swojej lojalności i sposobu bycia, osobą w tej garderobie ważną. Powiedziałbym – najważniejszą.


Ignacy Gogolewski:
Ordon poprzez swą jasność i poczucie humoru miał zawsze zbawienny wpływ na byłego dyrektora obu teatrów [Narodowego i Polskiego], w których razem byliśmy  – Kazimierza Dejmka. I jest to wpływ szalenie cenny, rozładowujący sytuację, likwidujący napięcia. A poza tym oczywiście, poza wszelką konkurencją jest jego wspaniała vis comica, niezaprzeczalnie cudowna – na scenie i za kulisami.


Wykorzystano tekst „Aktorstwo jest moim zawodem” Doroty Buchwald (powstały na kanwie rozmowy z Lechem Ordonem oraz w oparciu o wypowiedzi koleżanek i kolegów z zespołów teatralnych). Tekst był  zamieszczony w publikacji jubileuszowej: „Lech Ordon – 50 lat pracy artystycznej (1946-1996)”, wydanej w sezonie 1995/96 przez  Teatr Polski im. Arnolda Szyfmana w Warszawie.

Wybór i redakcja - Monika Wójtowicz

Foto: Maria Wilma-Hinz, Edyta Garnowska