Licznik odwiedzin : 1336395
Logo
10-10-2017

Zwyczajny Walny Zjazd

LVIII Zwyczajny Walny Zjazd Delegatów ZASP odbędzie się
w dniach 16-17 kwietnia 2018 roku

Misyjność instytucji kultury jest dla mnie zagadnieniem absolutnie fundamentalnym

 - Otrzymał Pan w życiu wiele ważnych i niezwykle prestiżowych nagród. Dziś Związek Artystów Scen Polskich uhonorował Pana Nagrodą Gustaw za szczególne zasługi dla polskiego środowiska teatralnego…
To dla mnie wielki zaszczyt i zupełnie wyjątkowe wyróżnienie, które przyjmuję ze szczerą radością, ale też dużą dozą pokory. Sam fakt, iż nagroda nosi imię Gustawa Holoubka – jednej z największych osobowości w historii nie tylko teatru, ale kultury polskiej, niekwestionowanego autorytetu, człowieka, którego zawsze darzyłem ogromnym szacunkiem i za zaszczyt poczytywałem sobie przyjaźń z nim… Pamiętamy, że – będąc zupełnie fenomenalnym aktorem – miał także wielkie zasługi dla środowiska twórczego, działając w sposób niezwykle mądry jako dyrektor teatrów, prezes SPATiFu… i Senator w pierwszym parlamencie demokratycznej Polski. Ze swoim talentem, miarą osobowości, niezwykłą wrażliwością popartą wyrafinowaną inteligencją, błyskotliwym poczuciem humoru, spostrzegawczością, z jaką obejmował szeroką perspektywę rzeczywistości i wszystkie jej detale, uczył nas życia opartego na niewzruszonych zasadach w czasach z wielu względów trudnych, niesprzyjających zachowaniu godności człowieka, obywatela, profesjonalisty. Miał też rzeczywiste poczucie – i zrozumienie – misji; to ceniłem w nim zawsze w sposób szczególny i tego starałem się od niego uczyć. Dzisiejszy świat pozostawia niewiele przestrzeni na takie myślenie. Wszystko dzieje się szybko i – bardzo często – niedbale: także w sferze emocjonalności, a więc przeżycia, a więc sztuki. Zostaliśmy zdominowani przez kulturę obrazkową. Gustaw natomiast wierzył w słowo – i władał nim jak nikt. Potrafił nadać mu siłę, nasycić głębokim przekazem… Miał też – równie dziś niespotykane – zrozumienie waloru ciszy… 


- Można by powiedzieć, że Nagroda Gustaw jest dla Pana niejako nagrodą za całokształt: praktycznie całe Pana życie zawodowe związane jest z teatrem.
Tak, chociaż początkowo nic na to nie wskazywało. Sam mówię, że wszedłem do teatru „bocznymi drzwiami”. Nie jestem absolwentem szkoły teatralnej – ani żadnej uczelni, żadnego wydziału o profilu artystycznym – czy choćby humanistycznym. Okazało się jednak, że to sztuka jest moją rzeczywistą pasją; przy tym los, opatrzność obdarzyły mnie umiejętnością kreowania przestrzeni, w której mogą się spełniać prawdziwe talenty. To wielki dar i czuję się szczęśliwcem, mogąc w ten sposób od lat uczestniczyć w kształtowaniu życia kulturalnego – nie tylko w naszym kraju, bo sztuka w całej pełni korzysta w możliwości, jakie daje współczesny świat bez granic. Współprace, koprodukcje, szansa goszczenia u nas największych dzisiejszego teatru – i prezentowania naszych dokonań na najważniejszych scenach kilku kontynentów… Jestem pierwszym laureatem Nagrody Gustawa, który nie jest artystą. Kapituła przyznawała ją dotychczas tym obdarowanym właśnie prawdziwym talentem; wśród wyróżnionych nią jest na przykład Stanisław Radwan. Przez prawie dekadę z nim i Jerzym Grzegorzewskim współprowadziliśmy warszawskim Teatr Studio…


- No właśnie, kiedy w 1982 roku objął Pan z Jerzym Grzegorzewskim dyrekcję Centrum Sztuki Studio w Warszawie, miejsce to stało się wiodącą instytucją kultury, promującą czołowych artystów polskiego teatru, muzyki i sztuk wizualnych.
Studio było istotnie bardzo ważną instytucją, która fenomenalnie wpisała się w tamte czasy – czasy dysharmonii myśli, emocji, trudnej rzeczywistości społeczno-politycznej, a także szarzyzny i bylejakości. Było projekcją świata wartości, bardzo konsekwentnie przez nas budowanych i realizowanych. Udało nam się wykreować przestrzeń wielkiego artystycznego skupienia, a jednocześnie możliwe swobodnej wypowiedzi. Jurek miał jasną wizję teatru, wymykającego się wszelkim konwencjom. Z duszą malarza i wielką wrażliwością na słowo, tworzył dzieła niezwykle bogate, złożone i – co tu kryć – często trudne w odbiorze dla publiczności naznaczonej powierzchownością. Mi przypadła w udziale – niełatwa też, ale jakże ciekawa – rola osoby, która, niezwykle szanując Jerzego Grzegorzewskiego, pogodzić w jednej przestrzeni niekiedy skrajne osobowości twórcze: w Studio przecież swoje spektakle realizowali wielcy nie tylko ówczesnego polskiego teatru: Józef Szajna, Tadeusz Łomnicki, Adam Hanuszkiewicz… mieszanka wybuchowa! Stało się jednak tak, że to w Studio właśnie rodziły się legendarne przedstawienia Beckettowskie Tadeusza i wspaniałe inscenizacje Adama (chociażby „Zagraj to jeszcze raz, Sam” z dzisiejszym rektorem Akademii Teatralnej Wojciechem Malajkatem). Udało mi się reaktywować teatr Józefa Szajny, który zawsze uważałem za wielką wartość polskiej i europejskiej kultury. Polska miała wszelkie podstawy do dumy ze swojego teatru. Robert Wilson, jeden z luminarzy teatru XX wieku, powiedział mi kiedyś, że najważniejsze dla niego źródła inspiracji płynęły właśnie z Polski. Mieliśmy wszak Grotowskiego, Kantora... Wszystko razem układało się w jakąś szaloną, ale wbrew pozorom, koherentną całość … a Teatr Studio znalazł się w centrum życia – nie tylko kulturalnego – ówczesnej Warszawy, Polski.


- Menadżer i artysta: obaj wizjonerzy – doskonale się uzupełnialiście z Jerzym Grzegorzewskim.
To prawda. Ja miałem tzw. wizję całościową, jasno nakreślone perspektywy, które sięgały daleko poza granice, narzucane nam przez sytuację polityczną. Ja postrzegałem Teatr Studio zawsze w kontekście europejskim – nawet wówczas, gdy horyzont próbował nam ograniczać mur berliński. My, świadomie ignorując oczywiste bariery, nawiązaliśmy aktywną współpracę z paryskim centrum Pompidou, londyńskim Barbican Centre i Royal Shakespeare Theatre, udało nam się także zorganizować trzy edycje festiwalu kultury polskiej „Theaterlandschaft Polens” w niemieckim Zagłębiu Ruhry… Niezwykle istotną rolę odgrywała tu twórczość Józefa Szajny, którego język wypowiedzi artystycznej był uniwersalny, a dzięki temu szeroko czytelny. Teatr Jerzego Grzegorzewskiego też wszędzie zachwycał, wywoływał poruszenie. Całości obrazu dopełniała znakomita Sinfonia Varsovia, którą stworzyliśmy wspólnie z Franciszkiem Wybrańczykiem. W ten sposób Studio istotnie stało się unikatem na skalę europejską: kolorowym ptakiem, w najbardziej naturalny sposób egzekwującym swoje przyrodzone prawo do wolności. 


- Czego się Pan nauczył od Jerzego Grzegorzewskiego?
Bardzo wielu rzeczy. Niemal 10 lat dzieliliśmy gabinet – dzieliliśmy biurko! To on wtajemniczał mnie w misterium teatru. Od początku widział we mnie partnera – i za to także jestem mu bardzo wdzięczny. Był przecież już wówczas prawdziwym guru polskiego teatru, święcił tryumfy na najważniejszych scenach w kraju. Charyzmatyczny erudyta, obdarzony niezwykłą wyobraźnią – był najwspanialszym przewodnikiem po magicznym świecie kreacji scenicznej. Przyjaźniliśmy się do końca jego życia, dzieląc pasje nie tylko artystyczne – mało kto wie, że Jerzy Grzegorzewski był wielbicielem tenisa… Ze Studia – gdzie panowały relacje niemal rodzinne – wyniosłem przekonanie o wielkiej wartości wspólnoty, bez której żaden teatr nie ma szans na dobre funkcjonowanie. Teatr tworzy zespół, złożony z artystów, twórców, odtwórców, techników, pracowników administracji, dyrekcji… Wszyscy oni stanowią równie ważne ogniwa tego delikatnego organizmu, który trzeba pielęgnować z wielką czułością. Od Jurka też nauczyłem się strategii politycznej.  


- To ciekawe.
Jurek sprawiał wrażenie człowieka, który unosi się pół stopy nad ziemią, a rzeczywistość, z całą swoją kostropatą powierzchownością – wystarczyło przecież wyjść z Teatru Studio, żeby zobaczyć oddziały ZOMO zgromadzone na ohydnie zaniedbanym Placu Defilad – w ogóle go nie dotyczy. Tymczasem z wielką uwagą czytał wszystkie manifesty polityczne, przez które ja absolutnie nie mogłem przebrnąć. Wyciągał z tej lektury wnioski układające się w porządki wyższego rzędu. Istotę polityki chwytał w sekundzie. Podziwiałem go i za to.


- Czy tę atmosferę rodzinnego bez mała zespołu, jaka panowała w Teatrze Studio udało się Panu przenieść do kolejnych instytucji, nad którymi sprawował Pan pieczę? Jak to jest w Teatrze Wielkim-Operze Narodowej?
Bardzo zależy mi na jak najlepszych relacjach w całym, szeroko pojętym zespole Opery Narodowej – jest to jednak instytucja o zupełnie innym charakterze, niż Teatr Studio. Mamy tu ponad tysiąc pracowników… to w bardzo wyraźny sposób determinuje strukturę i metodę wspólnej pracy. Wciąż jednak kluczowy jest wzajemny szacunek, dobra wola i pozytywna energia, którą wspólnie wypełniamy przestrzeń naszej codziennej pracy. Nie ma tu osób mniej lub bardziej ważnych, ponieważ każdy jest niezbędnym ogniwem całego łańcucha, zapewniającego prawidłowe funkcjonowanie organizmu teatralnego.


- Ma Pan znakomitego partnera w osobie Dyrektora artystycznego Teatru Wielkiego, Mariusza Trelińskiego. 
Zdecydowanie tak. To oczywiście zupełnie inny rodzaj relacji niż ten, jaki miałem z Jerzy Grzegorzewskim, ale bardzo harmonijny i – mam poczucie – twórczy. Mariusz jest wybitnym artystą i wyjątkowym człowiekiem; jest wielkim atutem dla naszej Opery, iż może mieć takiego dyrektora artystycznego. Wspólnie udało nam się ugruntować pozycję tego teatru w czołówce scen operowych świata: osiągnęliśmy coś, o czym 15 lat temu nie można było nawet marzyć. W ubiegłym roku Mariusz znalazł się wśród kilkorga reżyserów, nominowanych do niezwykle prestiżowej nagrody International Opera Awards, która jest operowym odpowiednikiem filmowych Oskarów. Opera Narodowa nominowana była w kategorii najlepszego teatru operowego świata, nagrodę zaś zdobyła międzynarodowa platforma streamingowa The Opera Platform, którą współtworzymy z kilkunastoma scenami europejskimi. Dzięki wykorzystaniu najnowszych technologii, w tym właśnie przekazu internetowego, naszą najnowszą produkcję „Strasznego dworu” w reżyserii Davida Pountneya obejrzało niemal 200.000 osób na całym świecie. W tym roku kapituła International Opera Awards wyróżniła naszą „Goplanę” – w kategorii „re-discovered work”: dzieła „odkrytego na nowo”. Mamy poczucie dużej satysfakcji.


- Które inscenizacje Teatru Wielkiego uważa Pan za najważniejsze z punktu widzenia rozwoju tego miejsca, za takie „kamienie milowe” Pana dyrekcji?
Swoją pierwszą dyrekcję w Operze Narodowej „otworzyłem” spektaklem Mariusza Trelińskiego i Borisa Kudlički „Madame Butterfly”. Ich inscenizacja była jak olśnienie, zapoczątkowała czas wielkich przemian dążeń i oczekiwań estetycznych – zarówno po stronie twórców, jak i publiczności. Przyciągnęła do Opery tłumy młodych ludzi, urzekając jednocześnie także widzów przywiązanych do tradycyjnych inscenizacji. Z kolei w „Królu Rogerze” Treliński zmierzył się z mitem opery ascenicznej, której struktura stawia ogromne wyzwanie przed jej interpretatorami – i znów powstał znakomity spektakl. Potem był jeszcze piękny „Oniegin”… Natomiast „Straszny dwór” Davida Pountney’a uważam za najwybitniejszą ze znanych mi realizacji naszego polskiego arcytematu. Wymieniłbym jeszcze „Potępienie Fausta” niemieckiego reżysera Achima Freyera – genialne przedstawienie! – i nową wersję „Diabłów z Loudun”, którą zamówiłem u Krzysztofa Pendereckiego, w reżyserii wielkiego reżysera brytyjskiego Keitha Warnera. A to tylko niektóre tytuły…


- Przyznał Pan, że Gustaw Holoubek jest Panu szczególnie bliski ze względu na jego poczucie misji. Niektórzy misję chętnie odłożyliby dziś do szuflady…
Jakże niesłusznie! Jednak istotnie, misyjność odchodzi na coraz dalszy plan – a tymczasem jest nam potrzebna dziś bodaj bardziej niż kiedykolwiek. Teraz, gdy wszystko wydaje nam się prostsze, niż jeszcze kilkanaście lat temu, gdy sukces zdaje się być – tak po prostu – na wyciągnięcie ręki, zapominamy, iż wielki talent jest również wielkim zobowiązaniem: zarówno dla jego szczęśliwego posiadacza, jak i dla tych, od których zależy jego przyszłość. Naszym obowiązkiem jest roztaczać opiekę nad osobami wybitnie utalentowanymi, stwarzać im optymalne warunki rozwoju… Misyjność instytucji kultury jest dla mnie zagadnieniem absolutnie fundamentalnym. Wynika ono z faktu nadzwyczajnego skoncentrowania pod jednym dachem myśli, emocji i talentu, po to, żeby inni ludzie, którzy tu przychodzą, mogli przeżyć taki moment zawieszenia w czasie, który pozwoli im uporządkować swoje myśli, oderwać się od sytuacji bieżącej i ustalić aspiracje na poziomie pewnego ideału. Inwestowanie w talent jest fundamentalnym zobowiązaniem każdej władzy – nie tylko w sferze kultury, bo przecież mam wokół siebie – obok artystycznych – także talenty polityczne, sportowe, naukowe… Talent jest wielką wartością; zmarnowanie talentu – wielkim grzechem.


- O tym, że jest Pan człowiekiem z misją zaświadcza cała Pana biografia. Ilość powołanych przez Pana instytucji kultury jest imponująca. Polski Instytut Sztuki Filmowej, Instytut Teatralny, Narodowy Instytut Audiowizualny, Instytut Książki, Narodowy Instytut Fryderyka Chopina – to tylko niektóre z nich. Jest Pan również inicjatorem wielu innych ważnych projektów i wydarzeń kulturalnych. Gdyby urodził się Pan w czasach oświecenia, byłby Pan niewątpliwie mecenasem kultury na miarę Stanisława Augusta Poniatowskiego…
Rzeczywiście była to postać, która w sferze kultury odegrała nieprawdopodobną rolę. Kiedy jako minister kultury tworzyłem odznaczenie „Gloria Artis”, czyli „Chwała sztuce”, odwoływałem się właśnie do wyróżnienia, przyznawanego przez Stanisława Augusta. Gdy w 1992 roku otrzymałem z rąk Jacka Langa Krzyż Oficerski Sztuki Literatury Republiki Francuskiej, towarzyszyła mi nie tylko ogromna satysfakcja, ale i wielki podziw dla piękna tego przedmiotu. Zależało mi, żeby polscy artyści, ludzie sztuki i kultury, też mogli przeżywać podobne wzruszenie otrzymując coś tak pięknego jako symbol uznania przez państwo polskie.


- Pan sam uhonorowany został potem tą właśnie nagrodą…
Istotnie, Bogdan Zdrojewski przyznał mi Złotą Glorię Artis; odbierając ją cieszyłem się właśnie również z jej formy. Gloria Artis na awersie symbolicznie przywołuje postać Stanisława Augusta Poniatowskiego: króla i mecenasa sztuki. Rewers dedykowany jest pięknemu okresowi w dziejach polskiej kultury: Młodej Polsce. To takie moje przesłanie do ludzi kultury.


- Ma Pan opinię niezwykle „skutecznego”: wszystkie swoje pomysły wprowadza Pan w czyn i okazuje się w dodatku, że to genialne rozwiązania…
Za najważniejsze swoje dokonanie postrzegam przygotowanie kultury polskiej do absorbcji środków z Unii Europejskiej. W tamtym czasie horyzonty, wyobraźnia, i pragnienia finansowe ludzi polskiej kultury zamykały się na poziomie 50–100 tysięcy złotych. Wydawało się, że to ogromne kwoty, a ja chciałem, żebyśmy tworzyli, budowali za 100 mln euro i więcej. Wykształciłem 2 tysiące menadżerów kultury w dziedzinie procedur europejskich, równocześnie otworzyłem ich aspiracje na nową rzeczywistość. Jeśli mi Pani poda nazwę jakiegoś miasta w Polsce, to powiem, co tam dzięki nam powstało. To ponad 700 infrastrukturalnych przedsięwzięć: piękne – i bardzo wysoko oceniane przez specjalistów – sale koncertowe, muzea, szkoły muzyczne, ale też odrestaurowane obiekty zabytkowe… Dostęp do środków unijnych, umiejętność korzystania z nich – to był niesamowity przełom dla polskiej kultury. A pomyśleć, że mogliśmy być tego pozbawieni: ja dołączyłem do zespołu pracującego nad projektem porozumienia z Polski z Unią Europejską dosłownie w ostatniej chwili. Gdyby wówczas, w 2002 roku, Leszek Miller powołał mnie na ministra kultury dwa tygodnie później, obszar kultury zwyczajnie nie zostałby wpisany do katalogu zadań strukturalnych w ramach tego porozumienia.


- Która z instytucji jest Panu szczególnie bliska?
Najpiękniejszą instytucją, którą stworzyłem i mam cały czas w sercu, jest Europejskie Centrum Bajki w Pacanowie. Dzięki niemu codziennie w kulturze literackiej zanurza się 600 polskich dzieciaków. To naprawdę niezwykłe miejsce, odwołujące się do tego, co w kulturze jest zawsze źródłem wielkiej energii, czyli do pewnego mitu. Mit Koziołka Matołka jest wielką wartością, na której można i warto budować. Tak narodziło się wielkie przedsięwzięcie, znakomicie funkcjonujące do dziś. Pacanów ma także szczególne znaczenie w kontekście wielkiego kryzysu czytelnictwa, którego jesteśmy świadkami w Polsce od szeregu lat. Tymczasem otwierani młodych ludzi na słowo pisane, uwrażliwianie ich na piękno literatury, jest kluczowe w perspektywicznym planowaniu rozwoju całego społeczeństwa. Pokazują to wszystkie statystyki: kraje najwyżej rozwinięte, ale też najzamożniejsze należą również do tych, w których czytelnictwo jest na najwyższym poziomie, jest powszechne i jest doceniane jako forma kształcenia i rozrywka kulturalna. Wystarczy spojrzeć na Francję, Niemcy…


- Gdyby teraz był Pan ministrem kultury, co uznałby Pan za najbardziej palący problem w kulturze?
Właśnie poziom czytelnictwa i całą sferę książki, czyli stan bibliotek, tłumaczenia literatury polskiej na świecie. Poziom czytelnictwa to najwyższe wyzwanie, wobec którego stoi każdy, kto odpowiada za kulturę polską sensu largo…


- Większość teatrów i instytucji kultury znajduje się w rękach samorządów. Czy postrzega Pan to jako dobre rozwiązanie? Jak ocenia Pan dzisiejsze zarządzanie kulturą na tym poziomie?
Patrząc na działalność samorządów w sferze kultury z perspektywy 28 lat polskiej demokracji spostrzegam naprawdę bardzo duży postęp. Bez wątpienia jest to już „wyższa kultura zarządzania kulturą”. Działalność władz samorządowych nie ogranicza się dziś już – bo nie musi – do całkiem podstawowych zadań, jak budowa infrastruktury komunikacyjnej czy zapewnienie mieszkańcom dostępu do podstawowych mediów. Polska przeszła w ciągu ostatnich dziesięcioleci ogromne przeobrażenie. To otworzyło przestrzeń dla działań – i potrzeb – ze sfery także pozamaterialnej, które wszakże w znaczny sposób wpływają na poprawę jakości naszego życia. Kultura przestała być już tylko ornamentem na czas świąteczny: dziś i my widzimy w niej źródło energii cywilizacyjnej, źródło dumy lokalnej. To bardzo pozytywne procesy. Oczywiście jeszcze daleka droga przed nami, ale kierunek, uważam, jest jak najlepszy.


- W tym roku świętujemy 90-lecie Domu Artystów Weteranów w Skolimowie, za rok przypada 100-lecie ZASP…
To bardzo ważne daty. Trzeba rozumieć i mieć w sercu tę prostą prawdę, że zawód aktora karmi się człowiekiem i że bardzo często uprawianie tego zawodu związane jest z rezygnacją z wielu wartości przynależnych innym ludziom. DAW jest wyrazem takiego wrażliwego pochylenia się nad losem osób, które swoje życie dedykowały de facto nam: widzom. Istnienie miejsca, ku któremu mogą się zwrócić w pewnym momencie swojego życia, jest niezwykle istotne i powinniśmy czynić wszystko, by DAW trwał – i to trwał w jak najlepszej kondycji, zapewniając swoim mieszkańcom naprawdę godne warunki bytowania. ZASP, chwała Bogu, ma takiego prezesa, rzadki gatunek społecznika, który działa z misją i rzeczywistym zamiłowaniem do realizowanych działań. To znakomity aktor, wybitna postać teatru polskiego; wspaniale, że zechciał zaangażować się w taką działalność, świetnie, że środowisko potrafiło wyłonić ze swojego grona takiego lidera.

Redakcja ZASP/J